Aktualności
Wspomnienia z zesłania

 

 

W 2018 roku przypada 78. rocznica masowej deportacji Polaków w głąb Związku Sowieckiego. 10 lutego 1940r. decyzją NKWD rozpoczęto pierwszą akcję zsyłania obywateli polskich na tereny północnych obwodów Rosji oraz zachodniej części Syberii. Ponad 140 tysięcy osób w nieludzkich warunkach zostało wywiezionych w nieznanym kierunku i przez wiele tygodni musiało cierpieć mróz i głód, wielu z nich nie przeżyło samej podróży. W miejscach docelowych czekała ich praca niewolnicza, wieczny głód i choroby. Łącznie w ciągu czterech deportacji ilość osób wywiezionych w głąb Rosji szacuje się na 330-340 tysięcy osób. Jako cel postawiono sobie eksterminację elit oraz świadomych swej narodowości Polaków, co miało osłabić strukturę społeczną kraju oraz dostarczyć taniej siły roboczej.

Z okazji rocznicy chcielibyśmy zaprosić Państwa do niesamowitej, sentymentalnej podróży Pani Doroty Majkowskiej, mieszkanki Trzebiatowa, która jako dziecko wraz z rodzicami została zesłana na daleką Syberię. W swoim wspomnieniach opisuje lata tęsknoty, głodu, chorób, które wtedy nękały setki tysięcy Polaków deportowanych przez władze sowieckie. To niezwykła, wzruszająca, ale i mroczna opowieść o walce o życie, ale i kilkuletniej nadziei na powrót do domu – do Polski. Zapraszamy!

 

Wspomnienia z zesłania (Cz. 1)

Urodziłam się w Krakowie. W 1934r. rodzice moi wyjechali stąd na Podole, do miejscowości MONASTYRZYSKA, powiat Buchacz, województwo tarnopolskie. Tam nabyli ziemię, pobudowali się i gospodarowali na 6-ciu morgach gruntu.

Wybuchła wojna. W grudniu 1939r. moja mama otrzymała dokument wydany przez Tymczasowy Komitet Miejski w Monastyrzyskach o treści: „Odbieramy obywatelce grunta i przekazujemy je rolnikom nie posiadającym ziemi”. Pod dokumentem podpis Wołczuk i data 6 grudnia 1939r.

Mieszkaliśmy na kolonii. Wszystkich kolonistów, których znałam i zapamiętałam nazwiska wymieniam: Kramarz, Danak, Marek i mój ojciec – Franciszek Ziomek.

10 lutego 1940r. o godzinie 4-tej rano, gwałtowne stukanie do drzwi i rozkaz „codepaumec”. Przed domem sanie. Mama moja, siostra i ja bardzo płakałyśmy, ojciec trząsł się ze strachu. Nastrój tragedii potęgowało wycie psów, czarna rozpacz. Pytanie „gdzie nas zabieracie?” pozostawało bez odpowiedzi. Wolno nam było zabrać tylko niezbędne rzeczy. Gdy sanie były załadowane, wywieziono nas na dworzec w Monastyrzyskach. Nie byliśmy jedynymi pasażerami. Na peronie mnóstwo polskich rodzin. Podstawiono wagony bydlęce i rozpoczęto nas upychać. Do jednego takiego wagonu wchodziło 8 rodzin. Z trzaskiem zamknęły się drzwi i pociąg, cały czas konwojowany przez Sowietów, ruszył w nieznane. Konwój powiększał się, na terenach jeszcze polskich doczepiano wciąż bydlęce wagony, a w nich pełno polskich rodzin, takich samych jak my wygnańców.

Przez dwa dni nie dawano nam żadnego jedzenia, a ni picia, nie było gdzie załatwić fizjologicznej potrzeby. To doprowadziło do rozpaczy, kobiety i dzieci lamentowały, a mężczyźni ciężkimi przedmiotami walili w drzwi i ściany wagonu. To poskutkowało. Na pierwszym, najbliższym przystanku sowieccy konwojenci otwierali kolejno wagony i „łaskawie” zezwalali nabrać wodę z dworcowej pompy. Następne dni bliźniaczo  podobne z tą różnicą, że raz na dzień każda z jadących rodzin otrzymywała 1 chleb, cukier w bryłkach i gorącą wodę. Niektórzy starali się policzyć wagony. Nie udało się, okienka małe a wagonów mnóstwo. Ta męcząca podróż trwała aż 3 tygodnie. Na nieokreślonej stacji przetransportowano nas na samochody ciężarowe i przez kilkanaście dni jechaliśmy przez zaśnieżone tereny. Na noclegi zatrzymywano nas, przydzielając kwatery. Tu strudzeni – otrzymywaliśmy coś do jedzenia. Spaliśmy na własnej pościeli, na podłodze – jeden obok drugiego.

 

Wspomnienia z zesłania (Cz. 2) – Kirowskie Pryski

Tak dotarliśmy do Archangielska. Tu pozostawiono nas przez kilka dni. O łatwej swobodzie poruszania się nie było mowy. Byliśmy bez przerwy strzeżeni. Potem podjechały podwody, załadowano nas i znowu w nieznane przez zaśnieżone, bezludne tereny. Za nami i na noclegach i podczas transportu na drogach zostawały trupy. Umierali mężczyźni, zastygały kobiety, zamarzały dzieci. O pochówku najbliższych nie było mowy, nawet w śniegu. Ogromnie długo konwój, złączony wspólnie (sanie za saniami) nie mógł się zatrzymać. Jazda trwała od rana do wieczora. Niektórzy, aby rozgrzać się nieco, zeskakiwali z sani (jeżeli droga była pod górę albo sanie wolniej jechały), natomiast jeśli pojazdy poruszały się szybciej trzeba było wskakiwać na nie, by nie zostać na zawsze na pustyni śnieżnej. Kto został w konwoju przy życiu dotarł do miejsca przeznaczenia, a było to tajga i miejscowość Kirowskie Pryski. Na miejscu ujrzeliśmy bezkresny las, a w nim 5 długich baraków przeznaczonych dla nas. Każdy barak był podzielony na części, a w każdej części 4 izby i jedna kuchnia z żelaznym piecem pośrodku. Baraki  wyposażone były jedynie w prycze zbite z prostych, nieciosanych desek.

Opału nie brakowało, bo przecież tajga. Z powodu bardzo dużych mrozów trzeba było przez okrągłą dobę palić w piecu, bo groziła nam śmierć przez zamarznięcie. Zimą topiło się śnieg i służył nam do gotowania, mycia i prania. Jedzenie mieliśmy wyborne: ziemniaki suszone, cebula, marchew i inne warzywa suszone i sucharki. I tak do wiosny. Mężczyźni pracowali od rana do wieczora przy wyrębie drzew. Drzewa były składowane blisko rzeki. Kobiety oczyszczały drzewa z gałęzi. Gdy śnieg zasypywał drogę, kobiety ją odśnieżały. Dziećmi nie zajmował się nikt, ponieważ na taki luksus nie można sobie było pozwolić. Wychowywały się zatem same. W lecie część mężczyzn pracowała przy sianokosach, inni w maszynie draga na terenie kopalni złota. Kobiety w lecie pracowały w lesie przy kopaniu bardzo głębokich rowów.

Klimat był tak nieznośny, że to była nasza największa udręka. Ciało należało smarować dziegciem, twarz przesłaniać gęstą czarną siatką przed atakami czarnych muszek. Wieczorem na odmianę atakowały komary. Przez całą noc dookoła baraków paliły się ogniska, aby odstraszyć komary.

Tajgę wspominam nie tylko jako miejsce ciężkiej pracy, jako miejsce dokuczliwych owadów, ale również jako miejsce obfitujące w różnorakie grzyby, jagody, krzewy, przepiękne kwiaty, orzechy, a najważniejsze dla nas to cebula i czosnek.

 

Wspomnienia z zesłania (Cz. 3) – Krasnojarskij Kraj

Którejś nocy ojciec zaczął strugać skrzyneczkę, w której chciał umieścić swoje dokumenty świadczące o jego uczestnictwie w I wojnie światowej i legionach Piłsudskiego. Było to robione w największej konspiracji, bo za posiadanie takich dokumentów groziła kara śmierci. Skrzynka z dokumentami została zakopana pod podłogą w baraku i tam pozostała. W barakach przebywaliśmy 2 lata. Później zaczęto po kilka rodzin wywozić w różne krańce Syberii. Nasza rodzina i 3 inne znalazły miejsce nowego pobytu nad rzeką Angarą, nazwy miejscowości nie pamiętam, tu nowy „komfort” – lepianka składają się z dwóch izb dla czterech rodzin. Była sroga zima, śniegi, zamieć, pękały drzewa. Przez kilka dni nikt nie pracował. Którejś nocy rozległ się straszliwy krzyk. To Roman! Tak przeziębił nogi, że po kilku dniach zmarł. Nad Angarą byli ludzie różnych narodowości: Polacy, Tatarzy, Chińczycy, Ciuwasze, Mardwy, Uzbecy, Kirgizi, Eskimosi. Któregoś ranka Rosjanin wszedł do naszej lepianki i oznajmił, że mamy się zbierać. Pomyśleliśmy z ulgą i ogromną radością – „na pewno do Polski”. Szybko wszyscy się uwinęli, zapakowali na sanie swój dobytek. Padło pytanie: „Dokąd nas wieziecie?”,  na co Rosjanin – „Zobaczysz jak zajedziesz”. I znowu jazda, noclegi, postoje, wyczekiwanie. Po kilku dniach ujrzeliśmy miasto Abakan. Po zgrupowaniu wszystkich Polaków jedną tylko naszą rodzinę wywieziono do miejscowości Podsinie, Krasnojarskij Kraj, Ałtajskij rejon, Abakańskij Sielsowiet – to pełna nazwa miejsca nowego pobytu. Przez cały rok nie mieliśmy żadnego kontaktu z Polakami. Na rozmyślania nie było czasu. Praca, praca, praca… nie było wolno nigdzie oddalać się. Ojciec z mamą pracowali w cegielni i za wyrobienie normy dziennej otrzymywali zapłatę: 1 talerz zupy i 600dag chleba, a normą było wniesienie do pieca 800 sztuk cegieł a wyniesienie 1000. Na nas – dzieci – rodzice otrzymywali 200 gram chleba i to stanowiło całodzienne wyżywienie. Głód dokuczał nam coraz gorzej. Uczęszczałam do szkoły. Byłam tak głodna, że z wdzięcznością przyjmowała czasami chleb od koleżanek rosyjskich, nie zjadałam go sama, lecz dzieliła się z moją siostrą. Po południu szłyśmy z siostrą do roboty w cegielni, aby za pracę tam wykonaną otrzymać 400 gra chleba, za wykonanie pół normy. I tak dzień po dniu, my z siostrą stawałyśmy się coraz słabsze. Najgorsza była zima, w lepiance nie było czym palić. Aby zdobyć jakiś opał chodziłyśmy na drogę, którędy przejeżdżały samochody z węglem i jeśli pojazd jechał szybko, coś zawsze zgubił. W lecie na pastwiskach zbierałyśmy łajna krowie. To się suszyło i układało w stożki i tym zimą ogrzewano pomieszczenie.

Wspomnienia z zesłania (Cz. 4) – „Niech zgnije, a ty nie rusz!”

Miałam 10 lat, moja siostra o rok była starsza. We wsi Podsinie płynęła rzeka Jenisej, a po rzece kursował prom. Po drugiej stronie Jeniseju leżało miasto Minusinsk, rzekę otaczały skaliste brzegi pełne ptactwa. Kiedy głód bardzo doskwierał (a towarzyszył nam stale) obie z siostrą skradałyśmy się do ptasich gniazd, aby wybrać jajka. Swoją zdobycz chowałyśmy skrzętnie do woreczków uwiązanych na szyi. Często wybierałyśmy z gniazd pisklęta, które trafiały na nasz głodowy stół. Zbierałyśmy kapustę zajęczą i sznurki słodzika, co się zajadało w stanie surowym. Rarytasem były susliki, na które polowałyśmy w górach. Mięso trafiało do garnka, skórki mama sprzedawała, a uzyskane pieniądze przeznaczano na jedzenie. Innym źródłem utrzymania w okresie pożniwnym było zbieranie kłosów pszenicy. Kłosy były rozkruszane i oczyszczane w rękach, a ziarno jadło się na surowo, parzyło się go lub gotowało, ponieważ nie było ani młynka, ani młyna w pobliżu. Ojciec wyżebrał na wsi kilkanaście, niepotrzebnych już nikomu żeliwnych garnków. Tłukł je na drobne kawałki, wbijał do równo obciętych pni drzewnych i w taki sposób zrobił żarna. Ten „wynalazek” poprawił nasz byt. Ze wsi, ludność rosyjska przychodziła mleć zboże i w zamian dawała „co łaska”. Radość nasza nie trwała długo, sam przewodniczący Rejkomu skonfiskował „maszynu” i oświadczył, że jeśli jeszcze raz ojciec mój powtórzy ten sam błąd, spotka go zasłużona kara.

Skończyło się zbieranie kłosów. Przewodniczący Rejkomu śmigał batem po bosych nogach, przepędzał nas i mówił przy tym: „Niech zgnije, a ty nie rusz!”. Mój ojciec nie upadał na duchu, nie poddawał się. Zrobił stępę to w tajemnicy tylko dla siebie obrabialiśmy grykę i proso. Ale i to się skończyło. Mama pojechała zimową porą saneczkami na pola, gdzie zostawała po kombajnach słoma. Z tej soma wytrząsała grykę. Nagle zjawił się na koniu przewodniczący Rejkomu i zabrał mamę do miejscowości leżące 20km od naszej wsi. Nie pomagały błagania i płacz. W NKWD (bo tam mama się znalazła) przesiedziała do rana. Skonfiskowano ziarno i zapowiedziano mamie, że jeśli powtórzy się coś takiego jeszcze raz to pójdzie do więzienia i nigdy nie zobaczy swojej rodziny. Trzeba było się ratować w inny sposób. Ja poszła na służbę do sklepowej i bawiłam jej dziecko. Było mi tu dobrze, ale nie za długo. Zachorowałam na gardło. Ponieważ nie było w pobliży lekarza, a trzeba było się ratować, ojciec poradził abym przepłukała sobie gardło perfumami. Były one własnością sklepowej, u której służyłam. Dostrzegła braki w perfumach i za to wyrzuciła mnie. W czasie mojej służby rodzina mogła spożywać mój przydział chleba, a gdy mnie wyrzucono racje chleba było już szczuplejsze.

Zwykły przypadek zdecydował o zdobyciu jagniąt, które znalazły się głębokim dole. Jagnięta były obszczekiwane przez psy, które ojciec przepędził. Jagnięta z trudem wydobył z dołu i przytargał do domu. Wtedy zdarzył się cud. Na stole znalazły się resztki jagniąt obgryzionych przez psy. Żałosny widok przyprawiał o mdłości, ale jedliśmy aby żyć. Skończyło się i to.

 

Wspomnienia z zesłania (Cz. 5) – … wróć nas na Ojczyzny łono!

Bardzo sroga zima nie pozwalała dostarczać codziennie chleba, więc dowożono go co drugi dzień. Ponieważ nic poza skąpą racją chleba nie było, zjadaliśmy go łapczywie od razu i popijaliśmy tylko słoną wodą. To trwało około 6 tygodni.

Jak tonący chwyta się brzytwy, tak ojciec robił wszystko, aby utrzymać przy życiu rodzinę. Zwabiał do domu koty, psy, zabijał je i to trafiało do naszych żołądków. Głód jest straszny…

Nasz dom nawiedziła choroba, ciało ojca pokryte było wrzodami, mnie zaś bardzo bolały nogi. Ból był tak okropny, że trudno było stanąć o własnych siłach. Płakałam, a były chwile, że wyłam. To uczucie, którego nie potrafię w tej chwili opisać. Pomocy lekarskiej żadnej. Do miasta daleko, nie było się tam czym dostać. W przypływie rozpaczy myślałam, że skończę jak Romek, o którym już pisałam. Mama robiła okłady z gorącej wody, chore nogi nacierała naftą, a w końcu obłożyła mi je psim sadłem i owinęła psią skórą. Z takim „kompresem” przeleżałam dwa tygodnie. Fetor był nie do zniesienia, ale nogi przestały mnie boleć. Środków higienicznych żadnych, ani proszków, ani mydła. Wszy i pluskwy też nas nie odstępowały. Nie pomogła wrząca woda, gorące żelazko, „mydło” z białej glinki i ług z łajna krowiego. Odzież ciągle ta sama do spania i noszenia, na co dzień i od święta – sklecona z ordynarnego, zgrzebnego worka z ogromną ilością łatek, a w niej wszy. Ciało parszywe, zaczerwienione, swędzące i tak wychudłe, że można było każdą kosteczkę zobaczyć.

Dzieci – ja i moja siostra, miałyśmy włosy obcięte do skóry. Dni wlokły się… Jeden był dłuższy od drugiego. Był przednówek. Głód wciąż doskwierał. Mama ugotowała zupę z kwiatu gryki nie myśląc jakie będą następstwa. Przecież chciała jak najlepiej. Po spożyciu zupy wybiegłyśmy czym prędzej przed ziemiankę. Doznałyśmy strasznego bólu głowy i brzucha. Dołączyła się biegunka i torsje, a potem gorączka. Długo leżałyśmy na trawniku na pół żywe z bólu i zmęczenia. Wtedy jedna z nas wyszeptała: „chyba nigdy nie pojedziemy do Polski, poumieramy tu”. Aby nas ratować mama pobiegła na wieś wyżebrać coś do jedzenia. Jedni dali, drudzy poszczuli psem, ale by wegetować trzeba było wszystko znosić w pokorze. Żebranina powtarzała się jeszcze wiele razy. Przecież dzieci chciały jeść.

Piękny, słoneczny dzień. Drzwi ziemianki na oścież otwarte, wpatrzona w nie zobaczyłam pełznącego do izby węża. Zaczęłam rozpaczliwie krzyczeć. Na szczęście w domu był ojciec. Węża uśmiercił a potem usmażył. Sam jedząc zachęcał i nas do jedzenia. Nic z tego nie wyszło. Odpokutował tylko ojciec: potworne bóle i torsje. I to trwało kilkanaście godzin.

Boże! Jak ciężko, jak strasznie nam na obczyźnie! Pozwól nam wreszcie zacząć żyć po ludzku, wróć nas na Ojczyzny łono! – tak rozmawiałyśmy często z Bogiem, prosząc o zmiłowanie.

Wspomnienia z zesłania (Cz. 6) – Powrót do Ojczyzny

Boże Narodzenie, Wielkanoc czy Zielone Świątki były takie same szare, głodowe jak wszystkie dni w roku. Myślą wracaliśmy do rodzinnych stron i z rzewnością wspominaliśmy świąteczny nastrój, obrządki, pieśni i kolędy.  Gwiazdka nie była jak w Polsce. Ojciec robił zawsze gwiazdę betlejemską ze słomy i to było wszystko. Podczas jednego ze świątecznych wieczorów, kiedy modliliśmy się na głos, ktoś otworzył drzwi i wrzucił przez nie krążek makucha i jedną dynię. Na chwilę wszyscy zamarli. A potem radość, ogromna radość i jakiś godziwy posiłek. Nie wiedzieliśmy komu dziękować, bo ofiarodawca szybko się oddalił

Jakimś cudem udało się ojcu zachować pas i oficerskie cholewki. Te bezcenne pamiątki pokroił na cieniutkie kawałeczki, gotował to przez cały tydzień, wciąż zmieniają wodę. Ponieważ wiedział, że były zrobione ze zwierzęcej skóry, nadawało się do jedzenia. Tak też uczynił. Mój ojciec tak mało był wytrzymały na głód, że zbierał pozostawione przez psy resztki kości. Te kości gotował, potem tłukł na proszek i jadł. Przyszła wiosna i głód wciąż doskwierał. My z siostrą chodziłyśmy po polach, wynajdowałyśmy kupki drobniutki, zgniłych, zmarzniętych, pokrytych robactwem ziemniaków. Z nich piekłyśmy placki.

W lutym 1946r. moja mama udała się do Abakanu i stamtąd przyniosła trochę jedzenia. Zdobyła je w PUR-e. Cóż to były za rarytasy: mąka, mleko w proszku, śmietana konserwowa, jajka w proszku i odzież. A najważniejsze – dopiero teraz dowiedziała się, że wojna skończyła się już 10 miesięcy temu i dawno już czas pokoju i że niedługo będziemy wracać do Polski. Radość obłędna, łzy szczęścia. Za miesiąc (a dni powrotu liczyliśmy już na palcach) podjechał pod ziemiankę naszą zaprzężony w woły wóz. I nim odjechaliśmy do Abakanu. Na dworcu liczna grupa takich jak my, nędzarz w łachmanach, przypominających ludzkie szkielety. Wyczekiwaliśmy z utęsknieniem pociągu. Nadjechał wreszcie. Usiedliśmy, już nikt nas nie pilnował, nikt nie popędzał. Byli tylko porządkowi. Transport o wiele krótszy niż 6 lat temu ruszył. Co za ulga! Co za radość! Łzy, płacz i pieśń „Pod twą obronę”. Przyglądałam się towarzyszom niedoli. Nie było już starych wiekiem, bo ci pozostali na dalekiej Syberii na zawsze, a ci, którzy wracali 30-40 latki, przypominali wyglądem własnych dziadków. Małych dzieci, urodzonych na Syberii wcale nie było. My z moją siostrą byłyśmy bardzo chude, obdarte, schorowane, miałyśmy kurzą ślepotę.

W powrotnej drodze do Polski towarzyszyła nam nadzieja lepszego jutra i to, że skończyła się wreszcie katorga, a w pespektywie ojczysta ziemia, którą mieliśmy ujrzeć dopiero po miesiącu podróży.

Epilog

Droga Redakcji do tego przeżycia na Syberii wysyłam ci piosenkę, skomponowaną jadąc na Syberię. Napisały ją dwie siostry nauczycielki, nazwiska niestety nie znam.

O Polsko nasza, ziemio ukochana,

W 39 całą krwią zalana.

Nie dość że Polskę na pół rozerwali,

Jeszcze Polaków na Sybir wysłali.

Dziesiąty luty będziem pamiętali,

Gdy przyszli Sowieci, a my jeszcze spali.

I nasze dzieci na sanie wsadzili,

Na główną stację nas poodwozili.

Och! Straszna chwila, och! Straszna godzina,

Rodzące bóle stale zapomina.

Ale nam owej nie zapomnieć chwili,

Gdy nas na wagony, jak w trumny wsadzili.

Dni cztery polską ziemią my jechali,

Ale przez szparki tylko ją żegnali.

W piąty dzień sowiecka maszyna ryknęła,

Jakby każdego sztyletem przeszyła.

O żegnaj Polsko!  Żegnaj chato miła.

O żegnaj ziemio, któraś nas karmiła.

Żegnaj słoneczko i gwiazdy złociste,

My odjeżdżamy z ziemi ojczystej.

Och smutna była nasza karawana.

W rządku za chlebem stali co rana.

Mijamy Rosję i Góry Uralskie,

I tak jedziemy coraz dalej, dalej…

Osiemnasty luty, stanęła maszyna,

Już inny transport z nami się zaczyna.

Jedziemy autem, a potem saniami,

Przez śnieżne tajgi, rzekami, górami.

Oj smutna była nasza karawana,

Kipiatok z chlebem dawali co rana.

Dzieci zamarznięte ze sani padają,

A no noclegach umarli zostają.

Złote słoneczko smutna nas witało,

Gdy do baraków rano zaglądało.

W każdy baraku trumny sosnami ubrane,

Nad nimi matki klęczą zapłakane.

O Polsko nasza, ziemio nasza święta,

Gdzie twoje syny, gdzie twoje orlęta?

Dzisiaj w sybirskie góry przyjechali,

Czy kiedyś ciebie będziem oglądali?

Choć przyszła wiosna, słońce zaświeciło,

Lecz to nas wcale nie rozweseliło.

Tylko po górach słychać głos płaczący,

O Jezu Chryste w Ogrójcu mdlejący.

Królowo nasza umiłuj się nad nami,

Nad polską ziemią i nad Polakami.

Powróc nas, powróć, gdzie ziemia ojczysta,

Królowo nasza, Panienko Przeczysta.